Marzenia.
Słowo takie marzące.
Czy trzeba je mieć?
Żaden przepis tego nie wymaga.
Biologia również milczy na ten temat.
Można całkiem sprawnie oddychać,
płacić rachunki w terminie i nie spóźniać się na autobus,
Świat bez marzeń się nie zawali.
Co najwyżej będzie odrobinę bardziej płaski.
A czy płakać za nimi?
Za tymi marzeniami, które wyparowały po drodze,
albo zwyczajnie rozmyły się w porannej mgle?
Łza to zbyt cenny płyn,
by wylewać go na rzecz niezaistniałą.
Zresztą, utracone marzenie
ma tę zaletę, że nigdy nie zepsuło się w praniu.
Zostało czyste, idealne i całkowicie bezużyteczne.
Dalej jest!
Jak je realizować?
Cała sztuka polega na tym,
by nie podchodzić do nich z ciężkim sprzętem.
Trzeba je raczej oswajać.
Powoli. Z ukosa.
I pamiętać trzeba o ryzyku –
spełnione marzenie traci swój ulotny wdzięk.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis