Jesteś tam wyżej, ponad nami
chociaż nie umiemy wskazać palcem, gdzie kończy się sufit.
Miejsce, gdzie nikt już nie skrzywdzi
choć słowo „nikt” bywa tłoczne jak dworzec w południe.
Tysiące myśli się myli i myśli,
jak to z myślami: mnożą się, gdy brakuje słów.
Jesteś już tam, gdzie nie trzeba się bać
chyba że ciszy, która zadaje pytania głośniej niż oddech.
Jesteś już tam, gdzie miliony gwiazd robią za zegary bez wskazówek,
a czas nie spóźnia się ani minuty, bo go nie ma.
Zabrano ci czas, który miał być twój,
ale czas i tak miał swoje plany, zawsze swoje.
Zabrano nadzieję, uśmiech i łzy,
trzy rzeczy do noszenia, za lekkie na walizkę, za ciężkie na kieszeń.
Na końcu (albo w środku) pytanie bez znaku zapytania:
czy to, co zabrane, nie uczy nas liczyć inaczej — od końca ku początkowi, od straty do daru.
Jeśli to puenta, niech będzie niedomknięta,
jak drzwi uchylone dla kogoś, kto wyszedł pierwszy.
Ale gdzie zaczyna się przestrzeń?
Z inspiracji pewnej piosenki.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis