81. rocznica masakry w lasach pod wsią Dąbrowa w Gminie Ciepielów!



Czas czytania: 10 min.

Kilka dni od napaści Niemiec na Polskę, oficerowie i żołnierze z regularnych jednostek Wehrmachtu wymordowali około 300 polskich żołnierzy na terenie obecnego Powiatu Lipskiego.

Niemcy bestialskiego mordu, niegodnego człowieka, żołnierza regularnych jednostek dokonali w lasach wsi Dąbrowa w Gminie Ciepielów.

Nad ranem 8 września 1939 roku, do lasów rządowych Dąbrowa-Struga koło Ciepielowa, dociera grupa żołnierzy z rozbitych w okolicy Kielc i innych miejscowości polskich jednostek.

Byli to żołnierze z 74 PP z Lublińca, 27 PP z Częstochowy, 25PP z Piotrkowa Trybunalskiego oraz 154 PP z Kielc. 154 PP walczył w składzie grupy „Kielce” pod dowództwem płk Kazimierza Glabisza. Dowódcą II batalionu był kpt Wacław Kotołowski a dowódcą II kompani tego batalionu był kpt Leonard Cholewa. Po rozbiciu, batalion podzielił się na dwie grupy: jedna pomaszerowała w kierunku Psar, druga w kierunku Iłży i dalej w kierunku Ciepielowa, by ostatecznie rano 8. września dotrzeć do lasu rządowego Dąbrowa-Struga.

Według świadków, żołnierze z rozbitych jednostek, którzy dotarli do lasu Dąbrowa-Struga utworzyli batalion, liczył on około 600 żołnierzy. Zgrupowanie nie posiadało broni ciężkiej, uzbrojenie stanowiły tylko karabiny i bagnety. Około południa doszło do starcia tego batalionu zbiorczego z nacierającym od Lipska III batalionem/15. Pułkiem Piechoty zmotoryzowanej Wehrmachtu.

Po ciężkich walkach trwających do godziny 17:00, batalion zbiorczy został rozbity, a żołnierze batalionu dostali się do niewoli. Walki o których tu mowa poprzedziły walki szwadronu motocyklowego z Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej dowodzonej przez rtm. Leona Podreza. Szwadron został doszczętnie rozbity, a większość jego żołnierzy poległa w walce. Szwadron motocyklowy został wysłany z Solca na rozpoznanie terenu, dotarł do lasu Dąbrowa-Struga w godzinach przedpołudniowych.

Relacja naocznego świadka, uczestnika bitwy – żołnierza 74. PP Teodora Musioła

Z okrążenia wydostałem się w grupie majora Pelca pod Złotym Potokiem. Przedzieraliśmy się odcinkiem, który nie był jeszcze zamknięty pierścieniem wroga. Jechaliśmy przez Włoszczową do Kielc. Po drodze pojedynczy żołnierze z rozbitych pułków przyłączali się do naszego oddziału. Początkowo planowano wziąć udział w obronie stolicy. Na postoju w okolicy Skarżyska-Kamiennej, gdzie zatrzymaliśmy się na dwa dni, decyzja została zmieniona. Przemarsz do Warszawy okazał się niemożliwy. Postanowiono więc przeprawić się przez Solec nad Wisłą do Lublina, gdzie koncentrowano Wojsko Polskie. Po całonocnym marszu, wczesnym rankiem 8. września stanęliśmy w lasach między Anusinem a Dąbrową niedaleko Ciepielowa nad Iłżanką. Zamierzano zaczekać tu do wieczora, by o zmierzchu dotrzeć do Wisły (12 km) i przejść przez most w Solcu. Dalej nie można było już maszerować z powodu dużej liczby rannych i chorych. Żołnierze walili się z nóg, mdleli ze zmęczenia. Tabor był co prawda duży, bo wzięliśmy podwody z różnych wsi, ale od 1 września z Lublińca przez Częstochowę i Kielce przeszliśmy przecież ponad 250 km. Na wielu odcinkach drogi koła wozów i nogi piechurów grzęzły w miałkim piasku. W Dąbrowie, gdzie pobieraliśmy wodę i żywność, nie wiedzieliśmy jeszcze, że idą na nas Niemcy. Nie pamiętam już dzisiaj czy z południa od Lipska, czy z północy od Ciepielowa, ale wydaje mi się, że od Ciepielowa. Dopiero w wyniku warkotu motorów zaczęliśmy ścinać drzewa, by zablokować drogę. Wybuchła strzelanina. Niemcy wycofali się. Kilka samochodów pancernych nieprzyjaciela zniszczono wraz z załogami. Zdawało się, że walka wygasa, ale piekło dopiero było przed nami. O zmierzchu od strony Lipska nadciągnęła piechota, zmotoryzowani i artyleria 29. dywizji erfurckiej. Generał Joachim Lemmelsen, dowódca dywizji, zażądał złożenia broni. Na odmowę majora Pelca odpowiedział szturmem. Zaczęła się bitwa. Bitwa nieubłagana, mordercza, nierówna. Oni stanowili zdecydowaną przewagę, a nas była garstka (około 600 osób). Wybuchały pociski z armat, padały bomby, które zmiatały potężne wiekowe drzewa i rozrywały je na kawałki. Lemmelsen palił las, zabijał rannych, nie darował nikomu. Człowiek stał się małym, malutkim celem śmierci. Polacy robili, co było w ich mocy, ale Pelc wiedział, że nie ma najmniejszej szansy wyjścia z okrążenia. Postanowił jednak drogo sprzedać swoją skórę. Działa więc błyskawicznie. Trwa w chaszczach. Kieruje obroną. Dostaje strzał w piersi. Pluje krwią i… strzela. Zastrzelił kilkunastu Niemców. W pewnej chwili Polakom zabrakło amunicji. Ruszają przeto do walki na bagnety, która przynosi Niemcom większe straty niż nam. Jednakże w tej wojnie perfekcja we władaniu białą bronią nie mogła już decydować o końcowych rozstrzygnięciach. Także więc i tej bitwie 8 września 1939 roku o klęsce Polaków przesądziła przewaga liczebna i lepsze uzbrojenie przeciwnika. Nie po raz pierwszy ulewa stali wzięła górę nad męstwem i pogardą śmierci. Kiedy już wszystko wyglądało beznadziejnie, zbryzgany krwią Pelc ostatnim strzałem położył kres swemu bohaterskiemu życiu. Za moment uczynił to samo Marian Cyruliński, jego zastępca. Zamarłem. Stanąłem oniemiały. Zacząłem rozliczać się z życiem. Nie warto – słyszę głos Bolka Karwowskiego: Ojczyźnie potrzebne jest teraz życie, ratuj się. Mnie zostaw umieram. Wszystko dookoła zajęli Niemcy. Nikt żywy nie mógł wydostać się ze spalonego lasu. Odwróciłem się i spojrzałem na rów. Wątpiłem czy zdążę jeszcze do niego wejść. Zerwałem się jednak do biegu przez zarośla. Słyszałem jeszcze okropny krzyk nacierających Niemców. Potem byłem już tylko świadomy własnego oddechu. Okopałem się pod ścianą rowu. Spojrzałem na sosny ogołocone ogniem. Las stracił barwę zieleni. Zostało zbiorowisko nagich pni. Leżę w ukryciu. Słyszę biegających Niemców. Wydawało mi się, że jest ich wielu, bardzo wielu. Próbowałem coś dojrzeć między drzewami, ale poszycie było zbyt gęste, by rozróżnić cokolwiek, widoczność sięgała na odległość kilku kroków. Słyszę serie strzałów w krótkich odstępach czasu. Strzelają ze swoich czarnych pistoletów maszynowych do wszystkich rannych na polu walki, potem wyciągają naszych z ziemi jak krety, dobijają i rozstrzeliwują po zabraniu im dokumentów i ograbieniu z odzieży. Ogarnął mnie bezbrzeżny strach. Potęgowały go krzyki i jęki moich rówieśników, których w tym samym momencie dopadła śmierć. Niebo milczało. Czułem, że w pewnym sensie następuje jakaś zmiana we mnie, że niektóre sprawy nigdy już nie będą się układały tak jak dotychczas, że takie wartości, jak prawda, sprawiedliwość, moralność, nigdy już nie będą miały tego znaczenia, co dawniej. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że do śmierci przyzwyczaję się dopiero w obozie koncentracyjnym w Dachau. Bałem się wyjść z rowu. Miałem wrażenie, że jakiś Niemiec może mnie w każdej chwili zabić. Majaki minionej walki wystąpiły teraz ze zdwojoną siłą. Wydawało mi się, że coś zagląda mi przez ramię i chichocze. W pamięci odżyły obrazy z lat dziecięcych spędzonych na włóczędze w charakterze gońca pocztowego między Zabrzem a Gliwicami w okresie trzeciego powstania śląskiego. Przed oczami stanęły ciała zabitych powstańców na szosie wiodącej do Makoszów tuż przy moście kłodnickim. Późnym wieczorem zdecydowałem się na opuszczenie kryjówki. Pod osłoną nocy zamierzałem przepłynąć Wisłę na drugą stronę. Idę przez pokryte pociskami bojowisko. Raz po raz potykam się o ciała poległych. Na skraju lasu zobaczyłem porucznika Leonarda Cholewę rozciągniętego w płytkim rowku w pobliżu drzew. W świetle latarki kieszonkowej rozpoznałem twarz. Leżał z otwartymi oczami. Hełm rozbity, splamiony krwią. Chwyciły mnie mdłości. Lubiłem go. Takie było pożegnanie z nim. Wlokłem się polem w kierunku Wisły. Rozmyślałem o śmierci, o tej śmierci, która mogła się zjawić w każdej chwili jak złodziejka. W zestawieniu z jej wizją najbujniejsze żywoty wydały mi się puste. Zapadały się w śmierć jak w przepaść. Owej mglistej nocy szedłem z duszą na ramieniu. W dali dopalała się chata kryta słomą. Dym mieszał się z mgłą, chata runęła, ocalało z niej parę nie dopalonych desek. Raptem doleciały do mnie jakieś głosy. Skoczyłem w ziemniaki. Leżałem bez ruchu i bez oddechu. To przeszli obok mnie żołnierze Wehrmachtu. Nie zauważyli, poszli dalej… Śmierć krążyła, goniła mnie, a ja od nie uciekałem.

W roku 1950 do Polskiej Misji Wojskowej w Monachium dostarczono anonimowy list z załączonymi pięcioma fotografiami. List opisywał walki z 8 września 1939 r. w lesie Dąbrowa – Struga. Kończąc list, anonimowy autor opisał tragiczne wydarzenie stanowiące finał walk, a mianowicie rozstrzelanie w przydrożnym rowie 300 polskich jeńców. Jako dowód zamieścił fotografie ilustrujące to makabryczne wydarzenie. Była to pierwsza informacja o rozstrzelaniu polskich jeńców po walkach w lesie pod Ciepielowem. Polskie władze wszczęły śledztwo w tej sprawie dopiero po pięciu latach od ukazania się listu.

Dochodzenie prowadziła Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskiej w Polsce. Śledztwo po około roku utknęło w miejscu. Praktycznie zostało odłożone aż do roku 1969. Ponownie śledztwo poprowadził oddział KBZH w Kielcach. Odnaleziono licznych świadków, żołnierzy jak i mieszkańców okolicznych wsi. Po przeprowadzonym śledztwie w sprawozdaniu KBZH w Kielcach potwierdziła wiarygodność anonimowego listu. List uznano za główny dowód w sprawie. Potwierdzono też że po walkach żołnierze Wehrmachtu rozstrzelali 300 polskich jeńców.

Dosłowna treść maszynopisu

Nasze pierwsze starcie w Polsce.

Dotychczasowe wydarzenia nie zdają się wróżyć niczego dobrego. Przedwczoraj nasz starszy sierżant z jadącego powoli samochodu zastrzelił ze swej „ósemki” jakiegoś 60- czy 70-letniego chłopa, który chciał zaprowadzić do obory swoją krowę, prawdopodobnie po to, by nie wałęsała się po szosie. Był bardzo dumny z tego wyczynu strzeleckiego, dokonanego – należy o tym pamiętać – z jadącego samochodu z odległości 12 metrów. Nie mogę po prostu tego zrozumieć. Zaledwie przed kilkoma tygodniami ożenił się i był taki czuły dla swojej żony, tak miły dla starych teściów. A może chciał trafić tylko w krowę? Niestety, pycha nie pozwoliła mu zamilczeć o tym strzeleckim wyczynie, nie można więc dojść do tego wniosku. Poza tym jako doświadczony starszy sierżant, który chce się dosłużyć stopnia oficerskiego, nie ryzykowałby w czasie marszu zastrzelić krowę, której nie mógłby oddać na zaopatrzenie wojska. Byłaby to przecież kradzież „własności wojskowej”. Wobec tego, że kolumna wkrótce po strzale zatrzymała się, można było jeszcze ujrzeć, jak jakaś stara, szpakowata kobieta rzuciła się z płaczem na martwe ciało. Przypuszczalnie „bohater” zastrzeliłby również i tę kobietę, gdyby samochód akurat się nie zatrzymał, co oczywiście nadwerężyłoby jego „strzelecką sławę”.

Tego dnia wciąż jeszcze nie braliśmy udziału w żadnej akcji bojowej. Jedynie z prawego i lewego brzegu szosy widziało się powracających w pojedynkę rannych żołnierzy polskich z podniesionymi do góry rękami. Oberjäger K. zastrzelił z jadącej ciężarówki rannego żołnierza dlatego, że podniósł do góry tylko jedną rękę. Widziało się dokładnie, że prawa ręka żołnierza zwisała bezwładnie, gdyż całe jego prawe ramię było zmiażdżone. Oberjäger uczynił to z czystej żądzy strzelania. Widziałem, jak mierzył z automatu do tego człowieka, i krzyknąłem do niego z oburzeniem: Oberjäger! Wtedy opuścił automat. W 10 sekund później, kiedy akurat zwróciłem głowę przed siebie, rozległ się strzał. Polak się zwalił. K. nie mógł się jednak wyrzec strzału. Jak zdołam to zrozumieć? Takie to były bohaterskie wyczyny naszej kompanii, zanim jeszcze choćby jeden strzał padł w naszym kierunku.

A teraz w lesie ciepielowskim, niedaleko przed Zwoleniem, w czołówce znajdowała się 11. kompania naszego batalionu. Posuwaliśmy się za nią. Słyszę ogień karabinów maszynowych. Czołówka jest ostrzeliwana. Wysiadać! Jakoś ogarnia mnie strach. Nie chcę nawet – to niedobrze być odważnym, jeśli nie wiadomo w jakim celu. Zdenerwowanie, rozkazy, tyraliera, 10. kompania na lewo od szosy. Robię to, co wszyscy. Wyczuwam niebezpieczeństwo, teraz mogę być zakatrupiony za karę, za moją niekonsekwentną postawę i to usuwa wszelkie uczucie strachu. Skradam się razem ze wszystkimi, lecz nie widzę żadnego Polaka. Strzelec, oparłszy na ramieniu karabin maszynowy, strzela jak wściekły. Brzęczą rykoszety. Teraz orientuję się, że Polacy także strzelają. Gwizdnęło mi krótko przy samym prawym uchu. Wtem upadł kapitan Lewinskiy – pierwszy. Postrzał głowy z góry. A zatem strzelcy na drzewach. Podziwiam odwagę tych strzelców z drzew. Jeden zostaje wykryty. Sanitariusz zestrzeliwuje go z pistoletu. Nagle urywa się łączność. Każdy jak szalony pędzi przez las. W godzinę później zbierają się wszyscy przy szosie. Kompania ma 14 zabitych, łącznie z kapitanem Lewinskiym. Dowódca pułku, pułkownik Wessel [z Kassel], szaleje z monoklem w oku.

Co za bezczelność, chcieć nas zatrzymać, a mojego Lewinskiyego mi zastrzelili. Nie liczy się z tym, że to są żołnierze. Twierdzi, że ma do czynienia z partyzantami, jakkolwiek każdy z 300 polskich jeńców ma na sobie mundur. Zmuszają ich do zdjęcia kurtek. No, teraz już prędzej wyglądają na partyzantów. Teraz zostają im jeszcze ucięte szelki, widocznie po to, by nie mogli uciec.

Następnie jeńcy muszą iść brzegiem szosy, rzędem jeden za drugim. Powstało pytanie, dokąd się ich prowadzi?

W powrotnym kierunku do taborów, skąd ich wkrótce przeniosą do jenieckiego punktu zbornego? W 5 minut później usłyszałem terkot tuzina niemieckich automatów. Pośpieszyłem w tym kierunku i o 100 metrów z powrotem ujrzałem rozstrzelanych 300 polskich jeńców, leżących w przydrożnym rowie.

Zaryzykowałem zrobienie dwóch zdjęć, a wtedy stanął dumnie przed obiektywem jeden z tych zmotoryzowanych strzelców, którzy na polecenie pułkownika Wessela dokonali tego dzieła.

Tu maszynopis się urywa…

 

 


 Zbrodnia na jeńcach w dniu 8 września 1939 roku w okolicy wsi Cukrówka.


Rotmistrz poległ w bohaterskiej walce, raniony odłamkiem pocisku. Spoczywa na cmentarzu w Lipsku.

 

W późniejszym okresie część ciał pochowanych w lesie ekshumowano i przeniesiono na cmentarz parafialny w Ciepielowie.

We wrześniu 1939 roku wojska niemieckie wkraczają na teren II Rzeczpospolitej. Armia Polska stawia zdecydowany opór. Bohaterska postawa obrońców rozwściecza najeźdźców. Rycerski Wehrmacht niejednokrotnie morduje wziętych do niewoli. W Ciepielowie rozstrzelano 300 żołnierzy. Zbrodnia ta nigdy nie została ukarana.


Na cmentarzu parafialnym w Ciepielowie spoczywa pilot – kpr Marian Futro. M. Futro zginął na zakręcie szosy w kierunku Wielgiego, tuż przy kościele.

7 września 1939 roku kpr M Futro wylądował w okolicy wsi Bąkowa, samolotem P-11C. Przyczyną lądowania był brak paliwa.

Zginął 8 września 1939 roku około południa wraz z uczniami Buczackim i Rudzkim. Wszyscy jechali od strony Wielgiego autem cywilnym. Na wspomnianym zakręcie szosy, auto zostało ostrzelano przez patrol Niemiecki.

W niemieckich dokumentach jest mowa o zestrzeleniu nad Ciepielowem polskiego samolotu, ale w dniu 9 września 1939 roku o godzinie 18:00. Samolot ten zestrzeliła niemiecka obrona przeciwlotnicza.

Źródło: Marek Łata; Blogmedia24.

Zapraszamy do naszego partnera – pistis.pl

Wspieraj MojeLipsko – pomóż nam się rozwijać




Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.