Walki z okolic Sadkowic




Przyczółek w rejonie wsi Sadkowice (29.07.1944-01.08.1944).

Z opowieści Krzysztofa Machały, „Historia Lipska i okolic”.

Od dłuższego czasu szukałem informacji dotyczących desantu w okolicy Kępy Piotrowińskiej, w rejonie której znajduje się pomnik upamiętniający żołnierzy Armii Czerwonej, którzy zdobyli w tym miejscu przyczółek. Od Hyacinthe Osseux wiedziałem, że rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce i że przyczółek szybko został przez Niemców zlikwidowany. Jednak problemem był brak (a przynajmniej tak mi się wydawało) jakichkolwiek map prezentujących jak i gdzie przyczółek istniał. Aż do dzisiaj (26 listopada – przyp. aut.), kiedy w rosyjskim archiwum cyfrowym znalazłem zarówno mapę, jak i relację utworzenia przyczółka i jego likwidacji. Poniżej opracowanie walk, jakie miały miejsce w okolicy Sadkowic w 1944 roku.

W dniach 28-29 lipca 1944 roku oddziały 69. Armii dotarły do brzegu Wisły. W nocy na 29 lipca wysunięte grupy desantowe podjęły synchronizowany desant w co najmniej 4 miejscach: w rejonie miejscowości Janowiec, Lucimia, Gniazdków, oraz w interesujących nas Sadkowicach (bardziej dokładnie: w Kępie Piotrowińskiej). Desant w pierwszych trzech miejscach zakończył się powodzeniem, a Sowieci utrzymali swoje pozycje i rozbudowali przyczółki, które posłużyły jako pozycje wyjściowe w nadchodzącej ofensywie styczniowej.

Nieco inaczej miało to miejsce pod Sadkowicami. Istotnie zwiad 4. Dywizji Strzeleckiej wchodzącej w skład 69. Armii przekroczył Wisłę, jednak jego sytuacja była wyjątkowo pechowa. Dowodzący grupą desantową liczącą kilkuset ludzi major Jawgenij Ignatievich Sokolkow przekroczył Wisłę w nocy 29 lipca i utworzył przyczółek na linii wału przeciwpowodziowego w Kępie Piotrowińskiej o szerokości 1 kilometra i wysokości 1,5 kilometra. Niemiecka obrona w rejonie była stosunkowo niewielka, jednak miała do dyspozycji artylerię (działa stacjonowały pod wsią Tomaszówka i Las Gliniany). Sowieckie próby rozszerzenia przyczółka (zgodnie z otrzymanymi rozkazami) kończyły się fiaskiem. Ważnym czynnikiem był fakt, że ukształtowanie terenu różniło się od tego na północnym odcinku przyczółka puławskiego: było wyjątkowo osłonięte i pozbawione gęstej roślinności. W tej sytuacji, Niemcy odpierali wszelkie próby radzieckich kontrataków, jednocześnie prowadząc ogień artyleryjski na stłoczonych na stosunkowo niewielkim obszarze radzieckich żołnierzy. Sytuacja była tragiczna. Pomimo obietnic wsparcia ogniowego, wschodni brzeg milczał. Zestawy radiowe szwankowały, a łodzie, wysłane z rannymi na drugi brzeg Wisły, nie wracały. Dopiero po dniu morderczych walk, 30 lipca, dowództwo pozwoliło żołnierzom się wycofać. 30 lipca o godzinie 18:00 rozpoczął się odwrót z przyczółka, który trwał aż do 1 sierpnia. W nocy 1 sierpnia (około godziny 2:00) ostatnia łódź desantowa przekroczyła Wisłę: tym razem w drugą stronę. Za skuteczną ewakuację rannych żołnierzy z utraconego przyczółka, major Sokolkow został przedstawiony do odznaczenia orderem Bohatera Związku Radzieckiego. Ostatecznie nie otrzymał tego odznaczenia, a jedynie medale mniejszej rangi…

Jednak nadal zagadką było to, że przyczółek nie został wsparty przez towarzyszy na drugim brzegu. Desant w tym rejonie miał za zadanie odwrócić uwagę Niemców od przeprawy pod Tarłowem. Dowództwo nie poinformowało o tym majora Sokolkowa, każąc mu zdobyć i utrzymać przyczółek, bez informacji o prawdziwym celu operacji.

W wspomnieniach Sokolkow tak przedstawił kulisy, jak się potem okaże, fałszywego desantu:

Nocna przeprawa przez Wisłę pod nosem wroga była brawurową operacją, a Niemcy nie od razu zorientowali się, co się stało. Potem widząc, że zwiad liczy tylko kilkaset osób, sprowadzili na nas całą siłę ognia, najwyraźniej z zamiarem natychmiastowego wrzucenia go do rzeki. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że długo sami nie wytrzymamy, ale obiecano mi wsparcie ogniowe dwóch pułków artylerii: zwiad artyleryjski wylądował na naszym brzegu w celu skorygowania ognia. A co najważniejsze, w ciągu jednego dnia, jak mi wyjaśniono w sztabie dywizji, reszta pułków miała przeprawić się przez Wisłę. Ale wszystko potoczyło się inaczej. Do wieczora odpieraliśmy niemieckie ataki, czekając, aż nasze działa zaczną strzelać, ale zamiast tego zobaczyliśmy, że artylerzyści zwijają połączenie i wracają na swój brzeg. Do końca dnia 30 lipca otrzymaliśmy rozkaz: opuścić przyczółek i wrócić. Trzeba było przygotować przeprawę. Ale jak? Łodzie, które wysłałem z rannymi, nie wróciły (później dowiedziałem się, że były używane gdzie indziej). Ludzie już wiedzieli, że jest rozkaz odwrotu i może wybuchnąć panika. Udało mi się zebrać kilkanaście łodzi, ale to nie wystarczyło. Nadal nie było wsparcia ogniowego i zdałem sobie sprawę, że zostaliśmy rzuceni na pastwę wroga. Kończyła się amunicja. Niemcy to wyczuli i z coraz większą wściekłością miażdżyli nasze formacje bojowe ogniem artyleryjskim i moździerzowym. Odpierając napór nieprzyjaciela, tego dnia przetransportowałem jednak większość ludzi na drugą stronę. Zostałem tylko ja, szef sztabu batalionu kpt. Zanko, dwóch dowódców kompanii i około 30 żołnierzy. Ranni czekali na brzegu przeprawy i trzeba było ich osłaniać. Teraz Niemcy przycisnęli nas do samego brzegu i ostrzeliwali z karabinów maszynowych z obu skrzydeł. Łączność telefoniczna z prawym brzegiem została przerwana, a wszystkie trzy krótkofalówki zawiodły. Za nami była Wisła i nie było gdzie czekać na pomoc. Pozostało polegać tylko na sobie.

[…].

Dlaczego nie otrzymaliśmy wsparcia, dowiedziałem się później. Okazuje się, że 69. Armia generała broni Kołpaczi, która zadała główny cios w operacji lubelskiej, przekroczyła Wisłę nie tutaj, ale 10-15 kilometrów niżej. A dzień wcześniej nasze siły desantowe zostały zrzucone na lewy brzeg, aby zmylić wroga. Wykonałem swoje zadanie, tracąc ponad połowę żołnierzy.

W dwudniowych walkach pod Sadkowicami zginęło kilkuset żołnierzy Armii Czerwonej, straty niemieckie są nieznane. W miejscu forsowania Wisły znajduje się pomnik, upamiętniający poległych w walkach o zdobycie i utrzymanie przyczółka.

Źródło: Krzysztof Machała, Historia Lipska i okolic; Hyacinthe Osseux.




Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.