Z biegiem lat, z biegiem dni,
gromadzimy wiedzę o świecie.
Dowiadujemy się na przykład,
że wieloryb nie jest rybą,
a rzodkiewka ma blisko do kapusty.
Ćwiczymy pamięć,
żeby w wieku lat trzydziestu
odróżnić cynizm od sceptycyzmu,
a w wieku lat sześćdziesięciu –
własne okulary od okularów małżonka.
Studiujemy tablice, wykresy i przypisy,
wierząc naiwnie, że kosmos
czeka na nasz ostateczny werdykt.
Uczymy się języków,
żeby w trzech różnych narzeczach
nie potrafić wyjaśnić,
o co nam właściwie chodzi.
A życie – ten kapryśny korektor
notuje na marginesie: „zbyt długie wstępy”,
i bezlitośnie skraca rozdziały.
Nie daje czasu na egzamin poprawkowy.
I oto nadchodzi ten moment.
Wspaniały, uroczysty finał.
Wyposażeni w dyplomy, certyfikaty
i znajomość mitologii greckiej,
umieramy dokładnie tak samo głupi,
jak na samym początku.
Z tą tylko drobną, subtelną różnicą,
że teraz przynajmniej wiemy,
jak poprawnie przeliterować
naszą bezradność.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis