Ziemia, choć stara, wciąż nosi zielone sukienki,
jakby zapomniała, ile razy kazano jej pójść w żałobę.
A my, lokatorzy czwartego piętra z widokiem na zieleń,
gramy z nią w kości.
O jutro. O dobę.
Kostucha ma świetny kalkulator i nienaganne maniery.
Więc układamy plany, te najbardziej kruche,
ze szkła, z mgły, z obietnic pisanych na piasku.
„Jeszcze się spełnią” – mówimy do kawy o poranku,
zanim cienie uciekną przed powodzią blasku.
To nie jest patos. Asnyk napisałby to piękniej,
używając wielkich liter i marmurowych rzeźb.
My wolimy zielone – ten kolor niedojrzały,
który z uporem maniaka pcha się w każdą szczelinę płyt.
Umieranie?
Owszem, ujęte w grafiku,
nieuniknione jak jesienny spadek liści.
Ale póki krupier nie powiedział koniec,
trzymamy w ręku karty.
Zielone i czyste.
Nasze!
Piękne dni nie czekają w kolejce z biletami,
one się rodzą z błędu w poniedziałek rano.
Jeszcze gramy.
Choćby tylko po to,
by sprawdzić, co tam na jutro zaplanowano.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis