Siedzi na skraju pola, nie na katedrze,
wieśniak w gumofilcach, z widłami w dłoni.
Patrzy na chmury – one nie lecą w linii,
tylko kręcą balet, jak muchy w kuchni.
Inteligencja? A skąd, pyta ziemia.
On wie, że korzeń marchewki ma kształt
drzewa genealogicznego – rozgałęziony,
głęboki w błocie, nie w księgach na półce.
Filozofowie w garniturach piszą tomiszcza
o bycie i nicości, a on po prostu sieje.
Wie, że deszcz nie pyta o pozwolenie,
a słońce wstaje bez fanfar i metafor.
Czasem podnosi głowę znad bruzdy:
„Dlaczego ptak leci, skoro może iść?”
I śmieje się – bo odpowiedź jest w locie,
nie w pytaniu, co gryzie ogon własny.
Inteligencja wieśniaka to ta, co nie świeci,
tylko kiełkuje cicho pod gliną.
W wielkim świecie idei – mały, ale pewny:
„Żyć to orać, aż przyjdzie żniwo.”
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis