W zieloności pierwszej, gdy wiosna się skrada,
Jak szelest przeczucia w miesięcznym rozkwicie,
Myśl do ciebie bieży, pąkowiąc nieśmiało,
Znów złudnie zakwita nadziei me życie.
Śnisz mi się w ogrodzie, gdzie mgła wielobarwna,
Motyle wokół twych rąk jak szeptanie,
A we mnie znów wschodzi ta miłość, ta larwa,
Co w kokon się chowa, nim światłem się stanie.
Wciąż tęsknię i czekam, gdy słońce zieleni
Rozprasza zimowy niebyt i nietrwałość,
A serce me drży jak paproć w leśnej ciemni,
Szukając w twych oczach tego, co zostało.
Czy czujesz, jak nami zakwita przestworze?
Jak znowu się jawi ta sama omama?
Jak wiosna nas złudnie w kochanie ubiera,
By potem rozebrać z nadziei do naga?
W brzozowiu zawierucha, jak w sercu niepokój,
Jak liście zieleni jest czucie mej skóry.
Na nieba obręczy, gdzie złudzeń potoki,
Zakwitam pragnieniem – samotny wśród chmury.
I tylko te wiosny, te wieczne powroty,
Z których każda niesie inaczniejsze kwiaty,
I szept twój niebyły, i jawią się sploty
Snów moich wiosennych w twe sny niebogaty.
Uciekam więc w słowa – w wiosnoodczuwanie,
Bezśnienie miłosne, półjawę, półżycie,
I wierząc – nie wierzę, że może się stanie
To, co obiecuje wiosenne rozkwicie.
Wiesz albo nie wiesz oto jest pytanie.
Kto artykuł pisał „R” utopił w stawie