Z dedykacją dla pewnej Pani radnej.
Wchodzi z cichym „dzień dobry”,
jakby przeszkadzał powietrzu,
które w tym pokoju od dawna
zna tylko dźwięk zszywacza i stempla.
Z kieszeni wyciąga papiery,
z rękawa — odrobinę nadziei,
że dziś uda się załatwić sprawę
bez zbędnych zagwostek w regulaminie.
Urzędnik, pogodzony z losem,
krząta się wokół komputera
jak kapłan przy ołtarzu,
co zna już wszystkie modlitwy,
ale w żadną nie wierzy.
Na biurku rośnie stos wniosków,
niespełnionych obietnic i załączników.
Petent milczy.
Urzędnik stempluje.
Świat się toczy dalej.
Tylko człowiek wciąż wymaga potwierdzenia.
Gdyby nie oni – petenci,
urzędy działałyby idealnie.
Tylko po co wtedy nam urzędnicy?
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis