Podobno każdy z nas ją ma,
tak jak wyrostek robaczkowy
czy zdolność do ziewania.
Niektórzy w większym stopniu,
inni w śladowych ilościach,
ale zawsze w jakimś pakiecie.
Wchodzimy w cudze cierpienie
jak w za duże buty,
niezgrabnie, potykając się
o własne wyobrażenia
i to czego wiedzieć nie chcemy.
Może to tylko ewolucyjna sztuczka,
żeby gatunek przetrwał,
a może jedyny dowód
na to, że istniejemy naprawdę.
Trudno mierzyć empatię.
Nie ma do niej linijki
ani wagi aptecznej.
Nie można jej zważyć
jak serca po sekcji zwłok.
Może empatia to tylko odbicie,
echo własnych doświadczeń,
lustro, w którym widzimy siebie,
myśląc, że patrzymy na innych.
A jednak czasem zdarza się,
że ból kogoś obcego
boli nas bardziej
niż nasz własny.
I wtedy granica między nami
znika na chwilę,
jak horyzont we mgle,
jak linia na piasku
zmyta przez falę Wisły.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis