W końcu to ja wybieram swoje buty rano,
prawy i lewy – niby identyczne,
a przecież prowadzą w dwie różne strony świata.
Ja decyduję, czy się uśmiechnąć
do przypadkowego przechodnia,
który może akurat wczoraj stracił psa,
albo znalazł pięć złotych w trawie.
Czy nie tak samo przypadkiem
zapisuje się ostatnia myśl w notesie,
albo stawia kropkę w zdaniu,
które miało być dopiero początkiem?
Może buty same podsuwają kierunek,
a uśmiech uwalnia się z twarzy,
zanim jeszcze zdążę podjąć decyzję.
I gdy mijamy się w tłumie,
ja z moim przypadkowym gestem,
on ze swoją przypadkową ciszą,
świat na chwilę staje się mniej przykry,
choć nikt nam tego nie obiecał.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis