Późnym wieczorem w sobotę 16 sierpnia niedaleko Lubartowa doszło do tragicznego wypadku. Myśliwy zastrzelił mężczyznę, który wyszedł przez furtkę z własnego podwórka. Sprawca miał pomylić człowieka z dzikiem. To syn przedsiębiorców działających na terenie powiatu lipskiego.
Była późna, ciepła noc.
W Młyniskach, w gminie Michów na Lubelszczyźnie, zegarki pokazywały między 22 a 23.
Nad polem kukurydzy unosiła się gęsta ciemność i dźwięk cykających świerszczy. Trzech myśliwych rozstawiło się w terenie, przekonanych, że chwilę wcześniej „zlokalizowali dzika”.
Mieli plan, zasady i sprzęt. Mieli też pewność, że wiedzą, co robią.
Kilkaset metrów dalej, przy zabudowaniach stojących tuż obok tego pola, 60-letni mężczyzna obudził się, zaniepokojony dźwiękiem przejeżdżającego drogą samochodu.
Wyszedł przed dom. Zatrzymał się przy furtce swojej posesji, oświetlonej rzędem solarnych lampek. Dom, ogród, furtka – codzienna, bezpieczna sceneria.
W tym samym czasie, na skraju kukurydzy, jeden z myśliwych – 40-letni Sławomir A. – patrzył przez optykę. W ciemności musiał wypatrzyć sylwetkę, cień, ruch.
Być może w polu widzenia zlały się rośliny, znane kształty i to, co uznał za zwierzynę. Wziął oddech i nacisnął spust.
Pocisk przeszył noc i trafił mężczyznę stojącego przy bramie. Uderzył w klatkę piersiową, uszkodził tkanki i kości. 60-latek osunął się na ziemię. Zginął na miejscu – przed własnym domem, kilka kroków od drzwi, którymi przed chwilą wyszedł.
Myśliwy podbiegł. Zorientował się, że nie celował do dzika. Telefon w jego dłoni połączył się ze służbami; głos w słuchawce spokojnie zadawał pytania. Na miejsce przyjechały karetka i policja. Światła radiowozów przecięły kukurydziany horyzont. Oględziny, taśmy, latarki. Ciemność zrobiła się jaśniejsza, ale niczego to nie rozjaśniło.
Następne godziny to prokuratorskie protokoły i chłodna precyzja procedur: zabezpieczona broń, odzież uczestników polowania, dokumenty. Śledczy opisują pozycje, kąty, kierunki. Sprawdzają, czy polowanie było zgłoszone, czy zgadzały się pozwolenia.
Ustalenia układają się w twardą narrację: strzał padł wzdłuż drogi, w kierunku zabudowań. Strzał bez „osobistego, pewnego rozpoznania celu”. Strzał, który w świetle prawa nie jest pomyłką, lecz decyzją – i odpowiedzialnością.
W poniedziałek Prokuratura Rejonowa w Lubartowie stawia Sławomirowi A. zarzut zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Te dwa słowa – „zamiarem ewentualnym” – brzmią sucho, ale niosą znaczenie: przewidywał, że mógł strzelić do człowieka, i się na to godził, nie upewniając się, do kogo mierzy.
Prokuratura składa wniosek o areszt. Grozi mu od 10 lat więzienia do dożywocia.
W tle są jeszcze szczegóły, które bolą bardziej, im dłużej się o nich myśli.
Że furtka była oświetlona.
Że teren był znany.
Że wcześniej był rekonesans.
Że jedna decyzja – jeden ruch palcem – przeciął nie tylko noc, ale i czyjeś życie, rodzinę, codzienność.
Wieś budzi się nazajutrz z pytaniami, na które nie ma prostych odpowiedzi. Myśliwi mówią o zasadach i etosie, o świętej regule pewnego rozpoznania celu.
Prokurator używa słów „pogwałcenie wszelkich zasad”.
A sąsiedzi – jak to sąsiedzi – przypominają sobie zwykłe rzeczy: kto kosił trawę, kto pomagał przy pługu, kto pożyczał narzędzia przez płot. Na początku były świerszcze i kukurydza. Na końcu – cisza, która nie chce odejść.
To nie jest tylko historia o polowaniu, ale o granicy między pewnością a złudzeniem.
O tym, że czerń nocy nie zwalnia z jasności decyzji. Że luneta nie zastąpi oczu, a zwyczaj nie zastąpi ostrożności. I że dom – to miejsce, które powinno być najbezpieczniejsze – stał się na chwilę tarczą.
Śledztwo trwa. Będą ekspertyzy balistyczne, sekcja, mapy, symulacje. Będzie sala sądu, w której opowie się tę noc jeszcze raz, tym razem w języku paragrafów. Ale nic nie cofnie drogi pocisku.
Na razie zostaje obraz: kukurydziane łany, oświetlona furtka i jeden strzał, który pod Lubartowem zmienił wszystko.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis