W powiecie lipskim
posady rosną nie na drzewach,
ale na gałęziach rozmów ukrytych,
pochylonych nad kawą i papierosami w gabinetach.
Najpierw iskra spojrzenia
czy twarz znajoma należała do kuzynki
kolegi z czasów szkolnej ławki,
czy może do kolegi z tamtej ławki?
Wystarczy wujek w starostwie, ciotka z urzędu,
albo ten znajomy, co kiedyś pożyczył łopatę.
Niech nie pytają o konkursy i komisje.
Po co stukać do drzwi,
jeśli klucz dawno wrósł
jeśli nazwisko jest juz znane?
A potem wszystko zgodnie z prawem:
podpis na podaniu, kropka pod nazwiskiem,
obietnica pod stołem niewidzialna,
jakby los był dzbankiem rosołu
dla tych, którzy wiedzą, komu nalać.
W powiecie lipskim ludzie pracują
i milczą.
Nie wypada być zdziwionym,
przecież zawsze tak było,
i pewnie tak będzie.
Może to właśnie jest demokracja,
ta z małej litery, ta nasza, mazowiecka.
Tylko czasem, w nocy, gdy powiat śpi,
zastanawiam się, co by było, gdyby posady
rozdawał wiatr.
Albo deszcz.
Albo sprawiedliwość.
Ale to już inna historia.
Nie z tego powiatu.
Dobre . . .
Albo mąż zrobi remont… itd
Nic nie ma za darmo… i oni mówią o demokracji, moralności i etyce😡😡😡