Na drzwiach brak szyldu,
odruchowo pytam
czy to wejście ogólne,
czy jednak dla wtajemniczonych.
Przeciąg odpowiada pierwszy:
„Proszę wchodzić, ale bez wielkich planów
bo kurz ma tu dożywotnią dzierżawę.”
Próg skrzypi jak sumienie po wyprzedaży marzeń.
Za progiem korytarz,
w którym echo udaje przewodnika
i opowiada, co się wydarzyło,
choć jeszcze nie było.
Po lewej gablotka z pamiątkami
po „kiedyś” i bilet do teatru,
który odwołano z przyczyn zwyczajnych,
i listek z kalendarza, co udaje motyla.
Po prawej instrukcja obsługi chwili:
„Nacisnąć teraz.
Nie szarpać jutra.
Nie rozkręcać przeszłości”.
Drzwi nie mają dzwonka do sumienia,
więc nikt tu nikomu nie otwiera oczu na świat,
każdy przynosi własne.
Wchodzę,
jak to się wchodzi do cudzego zdania w połowie
z grzecznym „przepraszam”,
które myli kierunki.
Po jednej stronie wnoszę siebie w wersji roboczej.
Do poprawki pozostaje odwaga,
czujność i kilka rymów.
Po drugiej stronie los udający automat z napojami.
Wrzuć pytanie, wypadnie jakaś odpowiedź,
czasem nawet tej samej pojemności.
Z sufitu zwisa lampa,
co świeci na skróty,
bo światło też miewa swoje skrupuły
i nie oświetla tego, co konieczne,
tylko to, na co wystarczy mu odwagi.
Na parapecie rośnie bazylia.
Pachnie tak, jakby życie naprawdę miało smak,
bez doprawiania niczym.
Na końcu pytanie z ankiety wiszącej przy wyjściu:
„Czy polecił(a)by Pan/Pani życie znajomym?”
Do wyboru: „tak”, „nie”, „to zależy”, a najczęściej: „sprawdzę i odeślę”.
I podpis drobnym drukiem:
„Drzwi pozostają otwarte z przyczyn niezależnych od nas”
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis