Ciało jest, jakie jest,
choć dusza wolałaby milczeć dyskretnie.
Natura nie zna etykiety,
nie czytała podręczników savoir-vivre’u,
i w tej oto naszej demokracji trzewi wszyscy są równi.
Dlatego ludowa mądrość,
bezwzględna jak grawitacja, donosi,
że nawet pleban, co je miernie,
też kadzidłem czasem pierdnie.
I nie ma w tym metafizyki,
jest tylko perystaltyka i trochę fizyki gazów.
Klasyfikacja zjawiska, choć wstydliwa,
istnieje w rejestrach codzienności.
Bo któż z nas bąka nie puścił?
Wyróżniamy zatem trzy stadia:
Po pierwsze: cichacz pospolity.
Zdarzenie niemal nieistniejące,
dyplomatyczne przemilczenie organizmu,
sekret między jelitem a światem.
Po drugie: podkołdernik jadowity.
Dramat kameralny w dwóch aktach.
Akt pierwszy: naiwna nadzieja na izolację.
Akt drugi: gwałtowna wentylacja pościeli
i oskarżycielskie spojrzenie współspacza.
I wreszcie: bulgotnik wanienny.
To już czysta hydrodynamika,
dowód na to, że powietrze zawsze szuka ucieczki w górę,
burząc spokój wody
i powagę kąpiącego się myśliciela.
Jesteśmy tylko tchnieniem.
Czasem jednak to tchnienie
wymyka się nam
z niewłaściwej strony.
…to ma być wiersz…?!to jakaś paplanina..Zamieszczę wiersze które napisałem w czasach młodości…Ocenicie …Czekam na okazję…i szukam jak wejść Tu na stronę wierszyków i inne publikacje Pozdrawiam…Leopold…