W świecie polityki widzieliśmy już różne dziwne zachowania, ale to, co ujawniono o Karolu Nawrockim, kandydacie PiS na prezydenta, przekracza granice wyobraźni. Okazuje się, że człowiek aspirujący do najwyższego urzędu w państwie przez lata prowadził podwójne życie, używając fałszywej tożsamości „Tadeusza Batyra”, pod którą nie tylko wydał książkę, ale także – i to jest naprawdę kuriozalne – przeprowadził sam ze sobą wywiad w publicznej telewizji.
Historia ta jest tak absurdalna, że trudno w nią uwierzyć. W 2018 roku, kiedy Nawrocki pełnił funkcję dyrektora Muzeum II Wojny Światowej, wydał książkę „Spowiedź Nikosia zza grobu” o trójmiejskim gangsterze Nikodemie Skotarczaku. Książkę podpisał pseudonimem „Tadeusz Batyr”. Samo używanie pseudonimu literackiego nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, co nastąpiło później.
Nawrocki postanowił wystąpić w TVP Gdańsk jako… „Tadeusz Batyr”. Podczas wywiadu miał na sobie czapkę, jego twarz była zamazana, a głos zmodyfikowany elektronicznie. Ta maskarada miała ukryć fakt, że rozmawia właściwie sam ze sobą. W trakcie tego spektaklu teatru absurdu Nawrocki-Batyr z entuzjazmem wychwalał osiągnięcia i kompetencje… Karola Nawrockiego, mówiąc: „To historyk, który zainspirował mnie do mojej pracy, pierwszy, który zajmował się zagadnieniami przestępczości zorganizowanej w PRL”.
Kamuflażu ciąg dalszy w mediach społecznościowych
Nawrocki nie poprzestał na telewizyjnym występie. Na swoim oficjalnym profilu na Facebooku organizował konkursy, w których nagrodą była książka „Tadeusza Batyra”. We wpisach stwierdzał, że „Batyr zgłosił się do niego po kilka wskazówek” i „podziękował ciekawą książką”. Innymi słowy, publicznie udawał, że spotyka się z osobą, którą sam wymyślił.
Ta gra w kotka i myszkę trwała latami. Nawrocki zbudował swoistą mitologię wokół relacji między sobą a swoim alter ego, wprowadzając w błąd opinię publiczną i manipulując nią dla własnych korzyści wizerunkowych.
Wymówki, które nie przekonują
Gdy sprawa wyszła na jaw, Nawrocki starał się bagatelizować swoje działania. Tłumaczył, że przyjął pseudonim, gdyż „nie chciał angażować Muzeum II Wojny Światowej w badania dotyczące przestępczości zorganizowanej”. To wyjaśnienie brzmi co najmniej nieprzekonująco. Jeśli rzeczywiście chodziło o oddzielenie działalności naukowej od zawodowej, dlaczego nie opublikować książki pod własnym nazwiskiem, po prostu zaznaczając, że nie reprezentuje w tej sprawie muzeum?
Prawda jest taka, że Nawrocki stworzył skomplikowaną misję autopromocji, w której wykorzystał instytucje publiczne i media do stworzenia iluzji, że jest ceniony przez innych „ekspertów”.
Poważne wątpliwości etyczne
Ta sprawa rodzi poważne pytania o standardy etyczne kandydata na prezydenta. Osoba, która prowadzi tak skomplikowaną grę pozorów, posługując się fikcyjną tożsamością, żeby wychwalać własne dokonania, wykazuje się nie tylko brakiem szczerości, ale także manipulacyjnym podejściem do opinii publicznej.
Co więcej, wykorzystanie publicznej telewizji do takiego przedstawienia jest nadużyciem, które powinno budzić niepokój. Czy człowiek, który nie widzi problemu w takim zachowaniu, jest w stanie uczciwie sprawować najwyższy urząd w państwie?
Wzorzec zachowań, nie jednorazowy incydent
Warto zauważyć, że nie jest to odosobniony przypadek kontrowersyjnych działań Nawrockiego. W styczniu 2025 roku kandydat PiS był krytykowany za udział w wiecu, podczas którego nie zareagował na skandowane przez tłum hasła wymierzone w premiera. Z kolei w grudniu 2024 roku jego wizyta w powodziowym Lądku-Zdroju była szeroko krytykowana jako czysta akcja PR-owa.
Jak poważnie traktować takiego kandydata?
Ta dziwaczna saga o podwójnej tożsamości każe zadać sobie pytanie – czy Karol Nawrocki traktuje poważnie swoją rolę publiczną i aspiracje prezydenckie? Człowiek, który potrafi stworzyć sobie fikcyjną tożsamość i przeprowadzić sam ze sobą wywiad w telewizji publicznej, zdaje się nie rozumieć powagi urzędu, o który się ubiega.
Przypadek Nawrockiego i jego alter ego „Tadeusza Batyra” to nie tylko kuriozalny epizod polskiego życia politycznego, ale przede wszystkim poważny sygnał ostrzegawczy dla wyborców. Czy ktoś, kto tak łatwo manipuluje prawdą i wizerunkiem, powinien sprawować najwyższy urząd w państwie? To pytanie, które Polacy powinni sobie zadać przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi.
A w Lipsku i tak wygra. 😆
Polskie prawo nie zabrania pisania bądź wydawania książki pod pseudonimem literackim. Idąc tym tokiem rozumowania to należałoby wyrzucić z kanonu lektur Prusa, Konopnicką, Brzechwę, Baczyńskiego, Twaina, Nerudę, Słomczyńskiego i wielu innych. A nawiasem mówiąc, ludzie mają różne życiorysy. Najważniejsze aby w porę dostrzegli, że zboczyli z życiowej ścieżki prawdy. W ostatniej godzinie i tak każdy złoży ręce i powie „Panie wybacz mi grzechy moje”. Nic więcej.