Depresja nie puka,
wchodzi cicho, jak sąsiadka z klatki schodowej,
z torbą pełną niczego ważnego.
Bo po co się czymś przejmować?
Siada w fotelu, który nie jest jej,
przegląda stare gazety,
mruczy pod nosem o pogodzie,
która przecież zawsze jest zła.
Nie pyta o żadne pozwolenia,
nie tłumaczy się z wizyty.
Po prostu jest – jak kurz na parapecie,
jak zegar na ścianie, który ciągle tyka.
Czasem udaje, że wyjdzie,
zostawi po sobie pusty kubek,
ale wraca, bo zapomniała parasola,
albo po prostu lubi widok z okna.
Może depresja to filozof w przebraniu,
który pyta: po co wstawać?
Po co włączać światło, skoro ciemność jest tańsza?
I śmieje się, bo odpowiedzi nie masz.
Albo może to tylko zmęczenie,
które udaje wieczność.
W końcu odchodzi,
zostawiając po sobie ciszę –
tę, którą dopiero teraz słyszysz.
Obudź się!
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis